“That’s what she said” – nie wszystko złoto…
Są tacy, którzy w samym środku lata – zamiast wylegiwać się na plaży – ciężko pracują. Na przykład nad web serialem o scenie lesbijek pochodzenia azjatyckiego z Los Angeles.
Nic chce zmienić coś w swoim życiu. Nawet więcej – chce zacząć wszystko od nowa. A przecież dobrze wiadomo, że to najlepiej wychodzi w Fabryce Snów. Nic jedzie więc do Los Angeles i wynajmuje pokój u Rae, a przy okazji poznaje jej przyjaciółki i znajome. Jak to zwykle bywa, chodzą wspólnie na imprezy, podrywają, piją, a w przerwach wygłaszają życiowe bon moty.
Oczywiście każda jest inna:
Nic – zakompleksiona, nieśmiała i trochę zagubiona w obcym mieście;
Rae – powierniczka wszystkich dziewczyn, Matka Pocieszycielka (że pozwolę sobie na mentalny cytat z Sylwii Chutnik) i głos rozsądku całej paczki;
Baby – bo przecież grupa lesbijek bez nałogowej podrywaczki nie ma racji bytu, a nałogowa podrywaczka bez fajnego tatuażu – chyba też nie;
Leslie – heteroseksualna, niezłomna wojowniczka o prawa mniejszości seksualnych, uwielbiająca lesbijki, oczywiście – z wzajemnością;
Shin – tajemnicza fotograficzka, ukrywająca mroczną przeszłość (i – przy okazji – połowę twarzy) za ciemnymi okularami.
Pozornie wszystko znajduje się na swoim miejscu: galeria charakterów, tajemnicza przeszłość, “nowa” w paczce, konflikty, kłótnie, obietnice przyjaźni na śmierć i życie, picie, leczenie kaca, noce z przypadkowymi dziewczynami, romanse, flirty… Wyliczać można bez końca. Ale w “That’s what she said”, bo taki tytuł ma ten serial, nie ma absolutnie niczego wyjątkowego. Piszę to z ciężkim sercem, bo każdy kolejny projekt o lesbijkach powinien cieszyć i zdobywać popularność.
Niestety, nie tym razem. Milczeniem pominąć należy zupełnie amatorską grę aktorek, kiepsko napisany scenariusz (te dialogi! te dialogi!) i bezsensowny podział na odcinki, które – aż do piątego – nie wnoszą nic do akcji, nie dopisują kolejnych historii mogących mieć wpływ na dalsze losy bohaterek.
A do tego te wszechobecne, ograne motywy: jeśli homofobka, to fanatyczna chrześcijanka, ubrana w szare ciuchy swojej matki, a może nawet babci. Jeśli ktoś ma tajemnicę, to nosi ciemne okulary. Jeśli idziemy na imprezę, to upijamy się i wymiotujemy pod płotem…
Jedyną nowością – i jednocześnie największą wartością serialu – jest to, że bohaterkami serialu są dziewczyny pochodzenia azjatyckiego. Wszystkie media LGBTQ wskazują bowiem, że w świadomości publicznej Azjatka nie może być lesbijką. No bo jak to? Przecież ona zawsze składa ręce, kłania się mężowi i drepcze do kuchni, żeby przynieść mu obiad.
Co gorsza, podobnie myśli większość… osób homo i biseksualnych. Absurd? A jednak. Dlatego “That’s what she said” obejrzeć można. Tym bardziej, że w wakacje w internecie dzieje się niewiele. Tak niewiele, że nawet FW ledwo zipie.
Brak komentarzy.
