Fioletowa Winda

L-kultura, L-polityka, L-życie

Gorąca setka magazynu OUT (VI) – Wojowniczki

Muszę się do czegoś przyznać: zginęła mi jedna kobieta. Miało być ich 30, a mogę doliczyć się tylko 29. Przejrzałam całe pismo, strona po stronie, i nic. Nie wiem – może ta brakująca była tak ważna dla któregoś z moich gości, że postanowił wziąć ją sobie do domu? No dobrze. Niech mu/jej będzie. Dziś tylko cztery panie, a na poszukiwanie brakującej wyruszę w nowym roku.

Malinda Lo przez kilka lat współpracowała z AfterEllen. Pisała dużo i o wszystkim, i, jak to bywa z autorkami AE.com, zyskała całe rzesze wielbicielek. Prawie dwa lata temu oświadczyła nieoczekiwanie, że odchodzi. Niezupełnie bez powodu – ogłosiła, że chce całkowicie poświęcić się pisaniu książek.

Na efekty tej decyzji nie trzeba było długo czekać. We wrześniu światło dzienne ujrzała pierwsza powieść jej autorstwa – „Ash”. Skrzyżowanie dobrego, poczciwego lesbijskiego romansu dla nastolatek z baśnią o Kopciuszku, a wszystko podane w lekkostrawnym, mityczno-magicznym sosie. Książka zbiera fantastyczne recenzje w prasie, a Lo jednym tchem wymieniana jest wśród najważniejszych debiutantów literackich mijającego roku.

Ciekawe, że za entuzjastycznymi opiniami krytyków nie idzie zachwyt czytelniczek. Owszem, „Ash” podoba się wiernym fankom Malindy i czytelniczkom AE.com, ale już średnia ocen na takim Goodreads.com to zaledwie 3.74/5.

Nie można zarzucić Lo słabego warsztatu. Nie można zarzucić jej braku pomysłowości. Ale powieść, niestety, trochę się rozmywa. Być może to wina zbyt wielu wątków, jak na ponowne opowiedzianą baśń. Bo baśnie są z reguły jednowątkowe i przesadne ich rozbudowanie powoduje niepotrzebny zgrzyt. Być może to wina fikcyjnego, momentami niespójnego świata.

A może po prostu jest to wina tego, że „Ash” to powieść dla młodzieży i nie do końca przemawia do dorosłych czytelniczek. Nieważne. Ważne, że literacki debiut Lo przyniósł jej miejsce w „setce” OUT.

Więcej o Malindzie Lo można dowiedzieć się z jej bloga.

Wiosną tego roku miałam fantastyczną pracę. Owa fantastyczność polegała na tym, że nie musiałam chodzić do biura. Trochę z nudów, a trochę z ciekawości, bardzo intensywnie zainteresowałam się telewizja śniadaniową. Moim ulubionym dniem zdecydowanie był wtorek. To wtedy, tuż po jedenastej, TVN emitował „America’s Next Top Model„. Pięknych kobiet nigdy za wiele, a już na pewno nie pięknych kobiet, które walczą o tytuł supermodelki pod okiem Tyry Banks.

Uczestniczką, której szczególnie kibicowałam, była Kim Stolz. Nie wygrała, ale doszła bodajże do półfinału. Czy wyróżniała się czymś szczególnym? Owszem. Była wyautowaną lesbijką z chłopięcą figurą, wielkimi oczami, krótkimi włosami i dość osobliwym podejściem do życia. Otóż za punkt honoru stawiała sobie poderwanie jak największej liczby nieco homofobicznych uczestniczek „ANTM”.

Bardzo ucieszyłam się widząc, że Kim nie przepadła. Znalazła pracę w MTV i kontynuuje karierę modelki. Ja uparcie będę twierdzić, że wyróżnienie przyznane przez OUT to jej największe osiągnięcie. A i tak ją lubię.

Tina Landau pracuje obecnie nad musicalową adaptacją „Śpiącej Królewny” braci Grimm. W mijającym roku, po ośmiu latach, powróciła na Broadway. Już samo miejsce pracy jest doskonałą rekomendacją jej osoby do miejsca w „OUT 100”. A nie można nie wspomnieć o tym, że w 2007 roku dostała grant w wysokości 50 000 dolarów od amerykańskich artystów, przyznawany najzdolniejszym i najwybitniejszym z nich, oraz że w mijającym roku wyreżyserowała jeden z najgorętszych musicalowych propozycji – „Superior Donuts”.

Landau całe swoje życie poświęciła teatrowi. Reżyseruje i pisze sztuki. Nierzadko wplata do swoich tekstów wątki homoseksualne. Na Broadwayu to ciągle akt odwagi. Wyautowanie się również. Landau jest wystarczająco odważna, by zostać uhonorowaną przez OUT. Zasłużenie.

Są dwie teorie na temat podejścia ludzi do życia. Jedna mówi o tym, że determinują nas warunki, w jakich się wychowujemy. Tak więc jeśli ktoś urodzi się w patologicznej rodzinie, zostaje tym naznaczony do końca życia. Jedyne, co może zrobić, to poddać się i powielać błędy rodziców. Druga głosi, że sami kształtujemy swój los, a warunki, w jakich żyjemy, są odzwierciedleniem podejmowanych przez nas decyzji.

Życiorys Tiny Mabry dobitnie świadczy o tym, iż bliższa jest jej ta druga teoria. Wychowana w Delcie Mississippi, najbardziej konserwatywnej części Stanów Zjednoczonych, miała odwagę wyjść z szafy. Studiowała prawo i nauki polityczne po to, by zostać adwokatem, a miała odwagę porzucić tak dochodowy i wymarzony przed rodziców zawód, i rozpocząć wielce niepewną karierę pisarki i reżyserki.

W ubiegłym roku stworzyła film „Mississippi Damned”, który zdobył rozgłos dzięki wielu festiwalom filmowym i w bieżącym roku wszedł na wielkie ekrany.

Ukoronowaniem jej dotychczasowej kariery jest obecna współpraca z Jamie Babbit, autorką takich obrazów, jak „But I’m a cheerleader” czy „Itty Bitty Titty Committee”.

Lubię odważne dziewczyny. Na przykład takie, jak moje dzisiejsze bohaterki.

*** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** ***

To był ostatni odcinek „Gorącej setki”. Trzymam kciuki za to, żeby przyszłoroczna edycja była nie mniej ekscytująca.

Reklamy

28 grudnia 2009 - Posted by | Scena | , , , , , , , ,

1 komentarz »

  1. You ought to be a part of a contest for one of
    the greatest websites online. I am going to highly
    recommend this website!

    Komentarz - autor: homepage | 11 sierpnia 2014 | Odpowiedz


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: