Fioletowa Winda

L-kultura, L-polityka, L-życie

Lilith 2010 – druga odsłona

Lilith nie zwalnia tempa. Po pierwszej serii niezwykłych artystek przyszła pora na druga turę. Jeszcze lepszą i jeszcze bardziej zachęcającą do kupna lotniczego biletu transatlantyckiego.

A dlaczego transatlantyckiego, skoro w tym roku Lilith miał zawitać również do Europy? A dlatego, że wśród ogłoszonych wczoraj miast są wyłącznie północnoamerykańskie. Pozostaje mieć nadzieję, że Sarah McLachlan, mówiąc o wizycie Lilith na Starym Kontynencie, nie miała na myśli wyłącznie Londynu i że odsłona numer trzy będzie dobrą wiadomością dla wszystkich, które nie chcą jechać do Wielkiej Brytanii.

O ile więc kolejne ogłoszone miasta nie budzą zbyt dużego entuzjazmu, o tyle artystki – wprost przeciwnie.

Na szczególną uwagę zasługuje Sia. I to nie tylko ze względu na muzykę:

Mało jest artystek, które mają tak ogromny dystans do tego, co robią. Które wiedzą, że nie wolno traktować świata śmiertelnie poważnie, nawet jeśli instrument, którym obdarzyła je natura jest idealny do wzniosłych, patetycznych i nieco wydumanych utworów. I które potrafią śmiać się z siebie. Swoim własnym głosem:

Sia Furler pochodzi z Australii, pod koniec lat 90 XX wieku przeniosła się do Anglii, a obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych. Kiedyś współpracowała z Zero 7, teraz robi wielką solową karierę. Wydała, jak dotąd, trzy albumy studyjne: „Healing is difficult” (2000), genialny „Colour the small one” (2004) i „Some people have real problems” (2007). Obecnie pracuje nad czwartą płytą i co jakiś czas udostępnia w Sieci jej fragmenty.

Prywatnie związana jest z JD Samson, czołową postacią queerowej Ameryki, niegdyś liderką formacji Le Tigre.

Czy warto zobaczyć koncert panny Furler? Pytanie powinno brzmieć: jak można go nie zobaczyć? Choć jej utwory to głównie pop-rockowe ballady, na scenie brzmią niezwykle energetycznie. Zresztą sama Sia to niespożyty wulkan energii. Do tego jest tak charyzmatyczna, że naprawdę nie można oderwać od niej wzroku.

Sia Furler. To może być najmocniejszy punkt tegorocznego Lilith.

La Roux to prawdopodobnie największe muzyczne odkrycie 2009 roku. Elly Jackson – 21-letnia, androginiczna i przestylizowana liderka oraz pozostający w cieniu, choć mający decydujący wpływ na brzmienie zespołu Ben Langmaid.

Na pewno nie ma osoby, która nie słyszałaby w ubiegłym roku ich jakby wyjętej z lat 80 muzyki. Nie ma też pewnie osoby, która nie zastanawiałaby się nad orientacją seksualną Elly. Otóż jest ona, jak sama twierdzi, heteroseksualna. Pewnie wie, co mówi. No cóż…

Czy La Roux zachwyci amerykańską publiczność? Trzymam kciuki.

Marina and the Diamonds to w zasadzie pochodząca z Walii Marina Diamandis. Jej czas pewnie dopiero nadejdzie – na 15 lutego 2010 roku przewidziana jest premiera debiutanckiego albumu Mariny „The family jewels”. A już zdążyła namieszać. Znacie ten utwór?

Marina dopiero stoi u progu kariery. Jednych drażni, innych zachwyca. Obdarzona niezwykłą charyzmą, z pewnościa poradzi sobie z festiwalowymi gośćmi.

Kate Nash to jeszcze jedna Brytyjka tegorocznego Lilith. Zazwyczaj porównywana jest do innej, nieco sławniejszej brytyjskiej wokalistki – Lily Allen. Że coś w tych porównaniach jest – wystarczy posłuchać tego utworu:

Ale chyba jest nieco trzeźwiej myśląca, nieco bardziej skupiona na muzyce, a nie sławie, a wreszcie nieco zdolniejsza. Kate Nash może być pierwszoplanową gwiazdą Lilith. Potrzebuje tylko odrobiny uwagi z naszej strony.

Myślałam, że o Beth Orton już nikt nie pamięta. Nawet więcej – bałam się, że ona sama nie zajmuje się już muzyką. A tu taka niespodzianka!

Jedna z najważniejszych postaci folkowo-popowej sceny brytyjskiej lat 90 ubiegłego wieku. Po dwóch genialnych albumach – „Trailer park” (1996) i „Central reservation” (1999) – nastąpił spadek jej wokalnej i kompozytorskiej formy. Ale te dwie płyty zapewniły jej miejsce na muzycznym firmamencie.

Czy któraś z Was nie pamięta tego głosu? Czy to nie będzie zaszczyt – móc ją zobaczyć? Oby u szczytu możliwości…

Gdy pierwszy raz usłyszłam Cat Power pomyślałam, że to Suzanne Vega, która słucha zbyt dużo PJ Harvey:

Ona na szczęście udowodniła, że ma do zaoferowania dużo, dużo więcej. Może to nie jest artystka, która sprawdza się na wielkich festiwalach. Zadymiony klub zdecydowanie dobrze robi jej muzyce. Ale na Lilith też są małe sceny. Poza tym Cat Power to artystka wykwintna. Doceni ją nawet kilkudziesięciotysięczny tłum.

To nie wszystko. Na Lilith pojawią się jeszcze następujące wykonawczynie:

  • Missy Higgins, czyli wyautowana, biseksualna Australijka, kóra nie może zdecydować, czy być bardziej pop, bardziej folk, czy też bardziej indie.
  • Norah Jones – jedna z największych gwiazd amerykańskiej sceny muzycznej, w mistrzowski sposób łącząca w swej muzyce elementy jazzu, bluesa i popu.
  • Gossip, których przedstawiać nie trzeba, bo w ubiegłym roku podbili polska publiczność dwukrotnie: w Gdyni i w Warszawie.
  • Heart – legenda kobiecej muzyki, której początki sięgają lat 70 ubiegłego wieku. To grupa stworzona przez siostry Ann i Nancy Wilson, grająca folk rock z elementami country i bluesa. A zresztą – kto nie słyszał Heart…
  • Elizaveta. Artystkę można śledzić tutaj. Wschodząca gwiazda piosenki autorskiej. Jak to z takimi gwiazdami bywa – wiadomo, niestety. Ale akurat Elizavety posłuchać warto. Przynajmniej w tej odsłonie:
  • Ceci Bastida – hiszpańskojęzyczna, choć pochodząca z Kalifornii (amerykańskiej) gwiazda muzyki indie. Jedna z niewielu latynosek, w której muzyce nie słychać drażniących niejedno ucho rytmów latino.
  • Erin McCarley – kolejna Regina Spektor? A może Fiona Apple? A może Sheryl Crow? Nieważne – wzorce ma imponujące.
  • Priscilla Renea, która wygląda jak czarnoskóra gwiazda hip-hopu, a śpiewa jak biała gwiazda disco/pop.
  • Rosie Thomas, czyli ktoś dla wszystkich miłośniczek muzyki folkowej i akustycznej.
  • Toby Lightman, która śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze akustycznej. Czy jest coś, co wyróżnia ją z masy podobnych artystek? Może tylko to, że występowała u boku Prince’a.
  • Julia Othmer – smoothjazzująca artystka, która wzruszyła mnie wykonaniem tej piosenki:
  • Frazey Ford, która podbija serca słuchaczy na folkowych festiwalach.
  • Melissa McClelland, za którą trzymam kciuki, by wreszcie naprawdę zasłużyła na miano „Toma Waitsa w spódnicy”.
  • Lights, czyli Kanadyjka, która podbija właśnie całą północną Amerykę. Trochę popu, trochę elektroniki, trochę pięknej kobiety i seksownego głosu, a trochę… Britney Spears.
  • Lissie – niegrzeczna dziewczynka  z Chicago z przydymionym, niskim głosem, którego nikt się nie spodziewa po tej eterycznej blondynce.
Reklamy

23 stycznia 2010 - Posted by | Muzyka | , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: