Fioletowa Winda

L-kultura, L-polityka, L-życie

Lola, poznaj Lolę

„Biegnij Lola, biegnij” to film genialny. Historia dziewczyny, która – niczym postać z komputerowej gry akcji – ma trzy życia, by uratować swojego chłopaka przed bezwzględnymi gangsterami. Trzy życia, trzy scenariusze, trzy wersje tych samych wydarzeń. I bohaterka, która – podobnie jak typowy gracz komputerowy – uczy się na własnych błędach, poznaje zasady rozgrywki i w każdym kolejnym życiu coraz lepiej prowadzi misję. Czy to dlatego tak niecierpliwie czekałam na obraz „And then came Lola”, czyli lesbijską odpowiedź na produkcję Toma Tykwera nakręconą 12 lat temu?

To, że filmy inspirowane innymi obrazami rzadko się udają, wiadomo nie od dziś. Tym razem jednak miało być inaczej. Twórcy „And then came Lola” postanowili oddać hołd jednemu z najlepszych filmów XX wieku i podeszli do zadania zupełnie poważnie. Główną bohaterkę, Lolę graną przez Ashleigh Sumner, obdarzyli trzema życiami i dali jej pół godziny (razy trzy) na to, by dotarła do baru, w którym jej dziewczyna Casey (Jill Bennett) ma rozmowę w sprawie pracy z Danielle (Cathy deBuono). Lola biegnie. Spotyka po drodze ludzi, którzy zupełnie niechcący mogą przeszkodzić jej w wypełnieniu misji. A musi jeszcze wstąpić do swojej ex, w zadziwiający sposób powiązanej zarówno z Lolą (prywatnie), jak i z Casey (zawodowo).

A co, jeśli nie zdąży? Casey będzie mogła zapomnieć o kontrakcie, a związek z Lolą stanie pod znakiem zapytania. Dlaczego? Otóż Danielle to superseksowna kobieta sukcesu, dla której spotkanie służbowe to tylko pretekst do dopisania kolejnej dziewczyny do swojej kolekcji.

Czy Lola zdąży? Czy Casey oprze się Danielle? Czy ta historia może nie skończyć się iście hollywoodzkim happy endem? Gdybym po „And then came Lola” spodziewała się wyłącznie odpowiedzi na te pytania, nie mogłabym czuć się rozczarowana.

A jednak film rozczarowuje. To, co miało być hołdem złożonym wybitnemu pierwowzorowi, okazało się kiepską komedią romantyczną, niezbyt logiczną w dodatku. Bo czy naprawdę zazdrość jest wystarczającym motywem do podjęcia szaleńczego biegu po zdjęcia dla niezbyt zorganizowanej dziewczyny? Z pewnością nie jest to powód równie dobry, co chęć uratowania życia ukochanemu, jak miało to miejsce w filmie Toma Tykwera.

„Biegnij Lola, biegnij” był wspaniałym dramatem sensacyjnym z wyśmienitą wręcz rolą Franki Potente, która – moim zdaniem – wyrosła w jednej chwili na być może największą aktorkę europejską naszych czasów. Jej Lola jest silna, szalona, odważna i niezwykle bezczelna. Mówi to, co myśli, robi to, co chce i nie cofa się przed niczym. Ma też jedną, szczególnie przeze mnie ukochaną cechę – rozbija krzykiem szkło. Oskar Matzerath końca XX wieku?

A jaka jest Lola spółki Ellen Seidler/Megan Siler? Sentymentalna, zazdrosna, niezgrabna i naiwna. Do pokonania przeszkód używa uroku osobistego, ale ten zawodzi w najbardziej nieodpowiednich momentach. A gdzie ta niezwykła determinacja Franki Potente? Do Loli powinien należeć świat. To ona powinna dyktować warunki. Tej pierwszej się to udaje wyśmienicie. Tej drugiej – zupełnie nie.

Kolejną sprawą jest nagroda – bohaterka grana przez Potente dostaje życie ukochanego i worek pieniędzy. A Lola Sumner? Seks i wdzięczność Casey.

Przykłady wyższości filmu niemieckiego nad amerykańskim mogłabym mnożyć bez końca. Ale koronny argument, szczególnie cenny dla Fioletowej Windy jest jeden: mimo wszystkich scen seksu, motywu walki o ukochaną, tank topu i San Francisco Loli Sumner, to Lola Potente wydaje mi się prawdziwą lesbijską bohaterką. Przepraszam – superbohaterką. Silna, zdecydowana, bezkompromisowa, w bojówkach i ciężkich butach, z czerwonymi włosami, gotowa na wszystko – nawet na obrabowanie banku, w którym pracuje jej własny ojciec. Takimi kobietami chcemy być i takimi kobietami chcemy się otaczać. A Lola Sumner, niestety, jest tylko niezbyt wyraźnym, pozbawionym charyzmy cieniem pierwowzoru. Osobą na tyle niepewną swojego związku, że musi podjąć ten szalony bieg i udowodnić światu, jak bardzo kocha Casey.

Czy film spółki Seidler/Siler warto obejrzeć?  Przekornie stwierdzę, że warto. Choćby po to, by zobaczyć w scenie miłosnej najgorętszą lesbijską parę Los Angeles – Jill Bennett i Cathy DeBuono. I po to, by skusić się na ponowne obejrzenie „oryginalnej Loli”, która po spotkaniu z „And then came Lola” traktowana będzie w sposób szczególny – nie tylko jako film wybitny, ale jako arcydzieło, z którym nie sposób się zmierzyć ani hollywoodzkim aktorom, ani hollywoodzkim scenarzystom, ani hollywoodzkim reżyserom.

„And then came Lola”

Wolfe Video / 2009 / 73 minuty / Reżyseria i scenariusz: Ellen Seidler i Megan Siler / Występują: Ashleigh Sumner, Jill Bennett, Cathy DeBuono, Jessica Graham

Reklamy

6 czerwca 2010 - Posted by | Film | , , , , , , , ,

3 komentarze »

  1. Nie na temat, ale muszę. Fioletowa Winda wróciła. Hurra 🙂

    Komentarz - autor: Ewa | 6 czerwca 2010 | Odpowiedz

  2. „To, co miało być hołdem złożonym wybitnemu pierwowzorowi, okazało się kiepską komedią romantyczną” – zgadzam się w 100%.

    Pozdrawiam!

    Komentarz - autor: Maurycy | 7 czerwca 2010 | Odpowiedz

  3. Film taki sobie, ale obejrzec mozna 🙂

    Komentarz - autor: olab | 13 czerwca 2010 | Odpowiedz


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: